wtorek, 13 lipca 2010
Zmiany
Przyznam, że trochę bardzo znudziło mi się to całe emo i gdy otworzyłem ten blog, to aż się załamałem :-P
Patrząc z perspektywy to zdecydowanie przesadziłem z załamywaniem się nad tym co się stało.
Pewne rzeczy się po prostu zdarzają i nic tego nie odmieni, a już w szczególności "głęboka i nieposkromiona rozpacz" i tym podobne...
Każdy popełnia błędy i sam fakt ich popełnienia nie robi nas ani lepszymi, ani gorszymi. Wszystko zależy od tego jak poradzimy sobie z konsekwencjami popełnionych błędów i jakie wyciągniemy z nich wnioski.
Hezjod powiedział "Na błędach człowiek uczy się rozumu" i pod tymi słowami podpisuję się nogami, ręcami i innymi częsciami ciała też :-P
sobota, 22 sierpnia 2009
Nocne rozkminy...
Siedzę sobie i patrzę na rosnące procenty z tekstem "Zapis na dysk" obok i myślę o wszystkim co się wydarzyło. Nawet o głupich i nieważnych rzeczach i wciąż nie mogę się nadziwić jak bardzo trudno jest dorównać własnym oczekiwaniom i jak bardzo psychiczny jestem :-P
We wrześniu sesja, dwa egzaminy, a ja się opieprzam i oglądam Star Treki, ewentualnie tak jak teraz robię sobie backup kompa, bo znowu chcę Windows 7, a powinienem uczyć się zakichanej analizy, robić projekt z Mikroklocków i powtarzać automaty... No ale cóż... Prokrastynacja to chleb codzienny studenta -,-
Druga rzecz też jest dość dziwna, bo wszelkie starania przewartościowania własnego zachowania niezbyt mi wychodzą, bo nikt nie chce mi prosto z mostu wygarnąć, że jestem menda i że piszę pierdoły :P A tak poważnie to czemu tak jest? Człowiek siedzi i zastanawia się nad sobą i wszystko działa tak jak staropolskie przysłowie: "Widzi igłę w czyimś oku, ale belki w swoim nie". Czemu tak łatwo nam krytykować innych i pogrążać się w egoizmie, a czemu tak trudno zauważyć własne wady? Kurde... Może ja zmienię kierunek na filozofię?
I w sumie do tego czegoś powyżej dołącza jeszcze jedna myśl: "Czemu potrafimy tak bezmyślnie wymagać od innych naszych wzorców zachowań? Czemu zamiast próbować zmieniać siebie chcemy odmienić cały świat wokół?"
No jak już pojechałem po sobie maksymalnie to mogę się zabrać do ostatniego tematu, który chyba najbardziej siedzi mi na głowie...
Przewartościować swój sposób myślenia jest ciężko, czesto jest to niemożliwe, ale myślę, że chociaż częściowo mi się udało. Z całości "rozkminy" powstało jedno dosyć ciekawe (wg. mojego skrzywionego organu, który chyba nazywają mózgiem :-P) zdanie: "Miarą naszego zaangażowania jest to, jak wiele możemy poświęcić"... Nie wiem skąd u mnie takie zacięcie filozoficzne, ale skończę ten wpis zanim zacznę pisać totalnie o czym innym :-P
wtorek, 09 czerwca 2009
Voidwalker...
Tak... Kroczący w pustce...
Stało się to czego się obawiałem i dokładnie to co mi spędzało sen z powiek od dawna... Usłyszałem "to nie ma sensu". Możnaby to porównać chyba tylko do zainkasowania z bliskiej odległości serii z jakiegoś karabinu, albo do wpadnięcia w czarną dziurę... Wszystko co było we mnie umarło i została pusta skorupa, która siedzi i czeka, aż ktoś ją zapełni... Ale nawet Salomon w pustce nie znajdzie nic... Jestem sobie i kroczę w tej pustce we mnie i nie widzę żadnej szansy na poprawę, na odmienienie tego stanu... Widzę tylko więcej problemów, więcej przykrości i więcej nerwów... I jak człowiek może się z takiego stanu kiedykolwiek otrząsnąć? W ogóle może?
niedziela, 07 czerwca 2009
Sens...?
Jak to jest, że kiedy człowiek naprawdę się stara to nic z tego nie wychodzi?
Zrobiłem więcej niż sam sądziłem, że jestem w stanie... Przestałem rzucać dziecinne dowcipy, przestałem objawiać takie zachowania jakie denerwowały, zacząłem naprawdę dbać o każdy dotyczący mnie szczegół... I co z tego mam?
NIC
W ciągu zaledwie kilkunastu minut poczułem, że to wszystko było tyle warte co kilka co bardziej interesujących rzeczy w rynsztoku...
Jak człowiek może żyć ze świadomością, że wszystko co jest w stanie dać nie posiada żadnej wartości?
Jak człowiek może mieć chęć do życia widząc, że jeżeli czegoś naprawdę chce to jest to dla niego nieosiągalne?
Jaki ja mam powód, żeby ciągnąć swoją bezcelową egzystencję?
I czy mam szansę się zmienić, skoro wszelkie próby zmiany nie mają znaczenia?
A skoro nie mam szansy się zmienić i zawsze pozostanę jaki jestem to znaczy, że dostałem już od życia wszystko na co zasługiwałem i równie dobrze mogłbym umrzeć i dziś i nie byłoby żadnego zdarzenia, które mogłem przeżyć i nie przeżyłem...
Wiem... To są smutne i złe myśli, ale tak naprawdę w głowie nic mi więcej nie zostało... Cała osoba, którą byłem została unicestwiona przez napór stresujących, złych i przykrych zdarzeń... Sesja urwała kawałek, sprawy rodzinne kolejny, jedyna osoba którą naprawdę kocham kolejny i chyba największy... Zostało nic, albo bardzo mało... Może Ty też chcesz urwać sobie kawałek? Mi go już chyba nie potrzeba...
czwartek, 28 maja 2009
Dziwny jest ten gość...
Muszę przyznać, że ostatnio, pomimo tony przykrych zdarzeń utrzymywał mi się świetny humor... Znowu zaczęło się układać i wydaje mi się, że jesteśmy w stanie odbudować to co się popsuło... Na zajęciach nie jest jakoś szczególnie strasznie i ogólnie nie dzieje się nic złego... Ale kurde... Czemu ludziom czasem zdarzają się takie... fazy? W jednym momencie cieszysz się i jest świetnie, a za chwilę zaczynasz myśleć: "Zaraz odwiozę ją do domu, ona pójdzie do siebie, a ja do siebie... A ja teraz tak BARDZO chcę z nią być...". Niestety rzadko jest tak jak chcemy... To, że jedna osoba czegoś chce nie znaczy, że druga też... I taka samotność też nie jest przyjemna... Może jest wiele gorszych rzeczy, ale człowiek, który ostatnimi czasy doznawał prawie samej radości reaguje bardzo mocno na byle smutek itp... Tak chyba nie powinienem się zachowywać, ale jak stłumić serce, które tak mocno pcha się do czaszki, że zdrowy rozsądek chowa się po kątach?
piątek, 01 maja 2009
Związki i rozstania...
Może to niezbyt trafny tytuł dla tego co mi siedzi w głowie, ale na nic lepszego wpaść nie mogłem... Chciałbym postawić jedno bardzo ważne pytanie i na nie odpowiedzieć: Czy warto walczyć o drugą osobę do upadłego? No to popatrzmy od początku... Każdy związek możemy podzielić na 4 etapy: 1. Zauroczenie - od początku, od kiedy dwóch ludzi się poznaje i jest mocno sobą zainteresowanych. Zdecydowanie jest to dość przyjemny etap, w czasie którego dzieje się wiele ciekawych rzeczy :-) Poznajemy się, odkrywamy nowe fakty o sobie, nowe miejsca ]:-> i dowiadujemy się bardzo dużo o charakterze i zachowaniu drugiej osoby... Mamy wtedy tendencję do idealizowania naszej "drugiej połówki" i zasadniczo wcale nie zauważamy jej wad. 2. Zakochanie - znamy się już dość dobrze i widocznie coś nas wciąż do siebie przyciąga. Na tym etapie powinniśmy bazować dalszą analizę całego związku, bo tutaj zaczynamy zauważać te poważniejsze wady drugiej osoby i w tym miejscu powinniśmy sobie jasno i wyraźnie powiedzieć co i dlaczego nam nie pasuje, a nastepnie, jeżeli nam zależy na tej drugiej osobie, zmienić to... Bardzo często właśnie na tym etapie zaczynają się problemy w związku, bo czegoś sobie nie powiedzieliśmy w obawie, że obrazimy tą drugą osobę, na której nam w końcu bardzo zależy... 3. Przyzwyczajenie - najgorszy i najtrudniejszy etap w każdym związku... Wszystkie niepoprawione wcześniej wady zaczynają przysłaniać nam to co dobre w drugiej osobie i zaczynamy działać jak automaty znajdując kolejne powody, żeby utrzymywać tego kogoś w niewiedzy, bojąc się, że jak teraz coś powiemy, to wszystko się skończy na amen i nie zostaniemy nawet przyjaciółmi... BARDZO WAŻNYM w tym etapie jest kilkukrotnie nawet siąść ze sobą i szczerze, od serca wytłumaczyć sobie wzajemne problemy i postarać się je poprawić, ale WSPÓLNIE. Nawet jeżeli jedna z osób zaczyna już mieć wszystko w nosie powinna zastanowić się, czy ta druga połowa się stara, czy chce dalej być razem i czy widać jakąś chociażby chęć do poprawy... Jeżeli widać to może warto spróbować wszystko naprostować? Może uda się dotrzeć do etapu... 4. Prawdziwa miłość - zostały poprawione błędy nie pozwalające na wspólne życie... Wraca niesamowita radość z każdego spotkania, przyjemność przebywania w towarzystwie tej drugiej osoby, świadomość, że tam gdzieś jest ktoś, kto zawsze będzie przy mnie i choćbym nie wiem co zrobił(a), to on(a) zawsze wybaczy i zawsze będzie dla mnie podporą... W tym momencie tak naprawdę zaczyna się nasze życie i do tego powinniśmy wszyscy dążyć... Dalej może już być tylko lepiej. A co jeżeli utknęliśmy na etapie 3? Jest tu kilka przypadków: 1. Obu osobom totalnie nie zależy na poprawie? No cóż... Wtedy ewidentnie źle się dobraliśmy i przez ten związek dążymy tylko do samodestrukcji... 2. Obie strony chcą się poprawić? W czym problem? Powiedzieć sobie co jest źle i do roboty! :-) 3. Jedna strona nie widzi możliwości poprawy, a druga chce zrobić wszystko co w jej mocy, żeby to naprawić? To są najtrudniejsze sytuacje... Właśnie tutaj rozstania są najbardziej bolesne, ale czy konieczne? Czy możemy odrzucać pełne poświęcenie jednej ze stron tylko dlatego, że my już nie widzimy możliwości wprowadzenia zmian? Jeżeli tak się dzieje warto przewartościować to co wydarzyło się do tej pory i w długiej i wyczerpującej rozmowie na trzeźwo powiedzieć sobie co jest źle i czemu się popsuło... Jeżeli druga osoba dalej uważa, że może się wystarczająco zmienić, to może warto spróbować...? Może warto "przymusić się" do zapomnienia o starych błędach, wyburzenia tej słabej i wątłej konstrukcji na której do tej pory budowaliśmy, usunięcia z fundamentów tego, co było złe i zbudowania od nowa, tym razem mając świadomość co było źle i co należy poprawić? Odpowiedzieć na to można tylko samemu pytając się wszystkiego co w nas myśli, lub udaje, że myśli... Co nam mówi nasza "zwierzęca natura"? Co nam mówi "głowa", czyli nasz ośrodek logiki? I PRZEDE WSZYSTKIM co nam mówi serce? W końcu to od serca płynie całe to piękne uczucie i to serce potrafi kochać... Ani aspekt fizyczny, ani logiczny naszego związku nie powinien mieć takiego znaczenia jak aspekt duchowy, jak wspólnota serc, bo w końcu to ciepło drugiej osoby zaraz obok nas jest najważniejsze... Bardzo się rozpisałem na temat 3, bo sam jestem teraz na tym etapie... Zależy mi na kimś tak bardzo, że jestem gotów zrobić totalnie wszystko, poświęcić co tylko się ode mnie wymaga, byle tylko dostać szansę naprawienia własnych błędów... Nie rozmawialiśmy ze soba o tym o czym należało wtedy gdy był na to czas i teraz wszystko się psuje... Zadajemy sobie ogromne ilości bólu mówiąc sobie o wszystkim co było złe, ale kiedy już oboje wiemy jakie błędy popełniliśmy to czy nie warto spróbować od nowa, tym razem bez starych pomyłek? Czy można odrzucać tyle czasu poświęconego dla drugiej osoby? Tyle radości, które wspólnie przeżyliśmy? Czy można odrzucać fakt, że jedna ze stron oddaje całego siebie i wszystko co ma? Może jednak warto wtedy zacząć od nowa...?
poniedziałek, 13 kwietnia 2009
Święta, święta i po świętach...
...i znowu zaczyna się klepanie kodu, oglądanie kodu, a potem znowu klepanie kodu, ewentualnie przerywane epizodami rozmyślania co zrobiłem, że zasłużyłem sobie na taki los :-P Wypada mi napisać, że dużo ostatnio rozmyślam, szczególnie na tematy fiLOLozoficzne i dziedziny pokrewne :] Szczególnie dużo czasu siedzi mi w głowie taka jedna uporczywa myśl: "Marzenia są kruche bardziej niż laleczka z porcelany, a wieloletnie plany może unicestwić jeden dzień". W sumie nieciekawa myśl, bo bardzo pesymistyczna, ale dużo rzeczy nas w życiu zmienia i wiele zdarzeń warunkuje ciężkie zmiany w osobowości... A najgłupsze w tym wszystkim jest nasze ludzkie lenistwo... Myślisz sobie: "Tak! Chcę się zmienić! Chcę być lepszy!", zaczynasz to robić, a potem przychodzi myślenie, że to wymaga pracy, że to jest męczące i bez sensu, bo nie ma tego dla kogo robić itp. itd. Ja myślę, że chociaż częściowo udało mi się z tego "dołka" wyskoczyć dzięki rozmowie z pewną osobą, której niniejszym z całego serca dziękuję :-) Pomimo wielu pesymistycznych myśli zaczynam troszkę jaśniej patrzyć na przyszłość, bo wiem, że wszystko się może zdarzyć i wszystko da się odmienić, jeżeli naprawdę tego chcemy... Pewnie tona ludzi teraz mnie zruga za bycie egocentrykiem i nie zwracanie uwagi na to czy inni chcą tego co ja, ale lepsze to niż brak zdecydowania w życiu... Przez ostatni okres zachowywałem się karygodnie i wiem to doskonale... Wiem co muszę zrobić i jeżeli tylko uda mi się utrzymać w moim postanowieniu to wszystko będzie w porządku i uda się :-) Więc nie produkując się bez potrzeby... Świecie nadchodzę! Drżyj w przerażeniu ]:->
niedziela, 05 kwietnia 2009
Dużo niechcianych myśli...
Minął rok życia w bajce... Pięknego i urzekającego snu... Mieć takiego kogoś jak ona powinno być marzeniem każdego mężczyzny... Ale ja nie jestem doskonały, ani nawet bliski temu pojęciu... Mam dużo wad i zdawałem sobie sprawę tylko z niektórych z nich... Teraz wiem co ze mną jest nie tak i co należy poprawić, ale... Czy jest sens teraz się zmieniać? Teraz, kiedy wszystkie moje marzenia legły w gruzach zburzone jedną wieczorną rozmową? Wiem, że zapewne 90% osób, które mnie zna i to przeczyta uzna mnie za "emo" i dziwaka, ale szczerze mówiąc nie interesuje mnie to, bo to jest to co myślę i jeżeli innym to nie pasuje to jest to ich problem... Często ostatnio rozmyślam o tym jak można opisać życie... Najlepiej opisał to pewien pisarz sci-fi: "Życie to nie tylko nasza zdolność funkcjonowania, ale także suma wszystkich naszych czynów i doświadczeń od urodzenia aż do śmierci". Ja dodałbym do tego parę słów... To co mi się przydarzyło w życiu zbudowało we mnie pewne fatalistyczne pojęcie rzeczywistości... Uważam, że na każdą chwilę radości przypada taka sama ilość smutku i rozpaczy i że w ostatecznym rozrachunku wychodzimy na zero... Dlaczego? Potrafię sobie przypomnieć tyle wspaniałych wieczorów, spacery, rozmowy i wiem, że jak tak dalej pójdzie to utracę to na zawsze... Nie, nie poddam się od razu i będę walczył tak jak potrafię, ale teraz wiem, że nigdy nie byłem tym kim chciałem być i kim dalej chcę... Nie czuję się na siłach, żeby robić cokolwiek, bo zgasnął ostatni płomyk radości w mojej egzystencji... Staram się wszystko widzieć pozytywnie, ale to nie jest takie proste... A jeżeli już musi się tak stać to BARDZO chciałbym, żeby pozostała między nami chociaż ta przyjaźń, którą nauczyłem się tak bardzo cenić i się z niej cieszyć... Człowiek ma różne motywacje, niektóre gorsze, a niektóre lepsze, ale każda jest jego własną i niewymuszoną wolą rozwijania i poprawiania samego siebie i dążenia do radości i przyjemności... Jesteśmy stworzeniami hedonistycznie zaspokajającymi własne potrzeby, ale czy to znaczy, że coś jest z nami źle? A może po prostu każdy chce udowodnić samemu sobie, że wcale nie jest do niczego i że jest wart więcej niż inni?
piątek, 02 stycznia 2009
Strach to jest coś nieuchwytnego... A tak rzeczywistego...
Siedzę nad tymi wszystkimi klawiszami... Wpisuję jedno zdanie... Czytam... I kasuję... I tak od kilku minut... W głowie mam niesamowity harmider i zamieszanie... Myślę o kilkunastu rzeczach naraz, byle nie myśleć o tej najważniejszej... Byle nie przypomnieć sobie jak było a już nie jest... Byle nie myśleć co się stało i jak to się stało... Trudno to jakoś zwyczajnie opisać... Od pewnego czasu coś się dzieje... Nie wiem co i nie wiem czemu, ale mam takie wrażenie jakby Ci mi najbliżsi odsuwali się odemnie coraz badziej i bardziej... Jakby tracili jakąkolwiek wiarę w to, że jestem coś wart... Nie potrafię przelać tego co myślę nigdzie poza tą puszkę, która się trzyma na szyi, a tak bardzo bym chciał... Widzę, że coś się dzieje, widzę, że nie jest dobrze, ale kiedy tylko staram się zbliżyć, porozmawiać, cieszyć się z tego co mam to widzę jak to ucieka... Oddala się... Jak gaśnie ten płomień w oczach... Jak zanika uśmiech na ustach... A okna wieczności zamykają się... Dlaczego? Z jakiego powodu? Czy ja zrobiłem coś złego? Zachowałem się nie wporządku? Obraziłem? A co siedzi we mnie? 1. Strach... Strach przed stratą, przed odejściem tego co jest dla mnie najważniejsze. Tego co buduje cały świat. Tego bez czego nie ma nic. Bez czego niebo jest tylko bezkresną otchłanią samotności, a życie na ziemii torturą dla serca. Dla serca, które w końcu nauczyło się kochać i zrozumiało co to znaczy... Dla serca, które bez tego funkcjonować nie może. 2. Płomień... Płomień tak mocny, że nic go nie może ugasić... Tak mocny, że przyćmiewa nawet strach... Wiem, że jest na tej ziemii ktoś kto jest dla mnie najważniejszy... Kto znaczy wszystko i dla kogo zrobię wszystko co tylko jest możliwe, a spróbuję osiągnąć to co możliwe nie jest. Płomień tak gorący, że stopi każdą barierę, którą chciałbym się otoczyć... Płomień tak wysoki, że rozjaśnia cały mój świat... 3. Radość... Radość z tego co mam, z tego z kim jestem i jak jest niesamowicie... Jedno jej spojrzenie wystarczy, żeby widzieć świat jako mało ważny dodatek do tego kogo kochasz... Jeden ruch rozbudza całą galaktykę doznań i niezmąconej radości... Jeden ruch potrafi tchnąć w Ciebie siły nawet w najtrudniejszej sytuacji... Można opisywać wiele uczuć, a i tak nie uda się oddać choćby ułamka tego jak one wyglądają... Nie uważam, żeby mój opis chociaż w niewielkim procencie oddawał to co dzieje się w mojej głowie... Wielki huragan myśli, planów, niedokończonych spraw, wspomnień radosnych i cudownych... Ale są w nim i złe akcenty... Wspomnienia złe, smutne, melanholijne... Czy ktokolwiek jest w stanie połapać się w takiej mieszance? Strach połączony z radością w równych proporcjach... Ciemność zmartwień... Góra smutku... I nieskończony płomień potężnego uczucia...
wtorek, 30 września 2008
Zrozumienie...
Właśnie skończyła się sesja... Dla mnie, dla nas, czas BARDZO ciężki i stresujący... Teoretycznie powinienem czuć się lekko i rześko... Na chwilę tak było... Ale potem okazało się, że w czasie sesji stało się coś jeszcze... Do tej pory uważałem, bardzo źle i samolubnie, że ktoś kto jest mi bardzo bliski z chęcią wysłucha co mi leży na sercu. Nigdzie niestety w całej mojej egoistycznej konstrukcji nie wziąłem pod uwagę tego, że ona też ma trudny czas, że też źle się czuje, że też jest smutna i naprawdę nie ma ochoty wysłuchiwać moich smętów... Często dzwoniłem i chciałem się wyżalić... Ale nie myślałem co ona o tym sądzi i jak się z tym czuje... No i stało się to co musiało się stać... Zdenerwowała się o to... Dość poważnie... Nie wiem czy kiedykolwiek uda mi się naprawić zło jakie wyrządziłem... Nie wiem czy kiedykolwiek uda mi się odmienić siebie i swoje głupie przekonania... Wiem tylko, że kocham ją całym sercem i nie chcę jej stracić choćby nie wiem co się działo... Bardzo bym chciał, żeby wiedziała jak źle czuję się z tym co robiłem i jak bardzo ciąży mi to na sercu... Chciałbym, żeby wiedziała, że NIGDY PRZENIGDY nie zrobiłbym nic co miałoby jej zaszkodzić... Chciałbym, żeby zrozumiała, że kiedy zwracam się do niej z jakimś tego typu problemem to nie dlatego, że mi się nudzi, czy poprostu myślę komu by tu dzisiaj zaszkodzić... Chciałbym, żeby wiedziała, że błędy, które popełniłem płynęły z tego, że jest jedyną osobą na ziemii na której NAPRAWDĘ mi zależy i która jest ważniejsza ode mnie, od moich problemów i moich zgryzot... Tej której oddaję własne życie i robię to z przyjemnością... Tej bez której życie nie istnieje, a cały świat zamiera i pogrąża się w stagnacji. Tej której oddaję wszystko. Nie mam pomysłu jak wynagrodzić, czy naprawić popełnione błędy... Chcę się poprawić! Chcę być lepszy! Chcę być jak najbliższy ideału! Chcę codziennie od rana dawać jej radość i przyjemność z tego kim jest... Bo jest kimś szczególnym, kimś najważniejszym i kimś kto może ze mną zrobić wszystko.
|
Zakładki:
Tam sobie jestem:
Znajomi:
Zobacz koniecznie:
|